Historie pisane przez wiatr

Historie z rejsów

Opowieści z tawerny – takie, jakie krążą przy kuflu po każdym rejsie. Nie biorą udziału w konkursie. Twoja może być następna.

Kapitan z YouTube'a

Patent jachtowego sternika morskiego miałem świeżo w kieszeni, a w głowie genialny plan: zabieram całą rodzinę na pierwszy w życiu czarter. Przecież na rejsach byłem wiele razy – co może pójść nie tak?

Czytaj całośćZwiń

Kliknąłem w internecie „rezerwuję”, spakowaliśmy walizki i polecieliśmy do Tajlandii. Żona, trójka dzieci i ja – kapitan.

W marinie stanęliśmy na pomoście, a naprzeciwko nas kołysał się katamaran – nasz dom na najbliższe dni. Moja córka, która ma naprawdę wielkie oczy, otworzyła je jeszcze szerzej i zapytała:

– Tato, a jak się tym w ogóle pływa?

– Skąd mam wiedzieć? – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Ja nigdy nawet nie stałem na katamaranie.

Cisza. Więc szybko dodałem, najspokojniej, jak umiałem:

– Ale nie martw się. Obejrzałem mnóstwo filmów na YouTubie.

I popłynęliśmy. W samym środku pory deszczowej, z całą rodziną na pokładzie i z kapitanem, który w środku trząsł się bardziej niż żagiel na wietrze. A rejs po Morzu Andamańskim okazał się fantastyczny i wszyscy wrócili cali.

Po rejsie zostaliśmy jeszcze trzy tygodnie na Phukecie. Przez cały pierwszy tydzień budziłem się w nocy i sprawdzałem, czy hotel jest dobrze zacumowany do nabrzeża.

Z tawerny · Tajlandia, Morze Andamańskie

Obudziliśmy się u sąsiadów

Pierwsza noc na kotwicy w zatoce na Visie. Skiper dwa razy sprawdził, czy kotwica trzyma, wypiliśmy za udany dzień i poszliśmy spać spokojni jak dzieci.

Czytaj całośćZwiń

O szóstej rano obudziło mnie pukanie w burtę. Pukanie! Na kotwicy! Wyszłam na pokład w piżamie, a tuż obok, na wyciągnięcie ręki, stał niemiecki katamaran. Jego właściciel, też w piżamie, trzymał w jednej ręce odbijacz, a w drugiej dzbanek kawy.

– Guten Morgen. Kawa? – zapytał, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

W nocy zawiało, nasza kotwica przejechała po dnie kilkadziesiąt metrów i grzecznie zaparkowała nas przy nim. Kawę wypiliśmy. Od tamtej pory dajemy dwa razy więcej łańcucha, a skiper do końca rejsu nazywał się „Herr Kaffee”.

Z tawerny · Chorwacja, wyspa Vis

Ryba, która przyszła sama

Przelot przez Atlantyk, sześć osób, trzy tygodnie na wodzie. Przed wyjściem z Las Palmas wydaliśmy fortunę na wędki i błystki, bo przecież będziemy codziennie jeść świeże tuńczyki.

Czytaj całośćZwiń

Pierwszy tydzień: nic. Drugi tydzień: zero. Zrobiliśmy zakład: kto pierwszy złowi rybę, ten do końca rejsu nie zmywa. Stawka rosła, a razem z nią frustracja i liczba zgubionych błystek.

Dziewiętnastej nocy, na wachcie, usłyszałem plask w kokpicie. Ryba latająca. Wpadła sama i wylądowała dokładnie w misce, którą kuk zostawił na ławce.

Rano rozpętała się dyskusja, czy to się liczy. Głosowanie wygrał kuk, bo w końcu to była jego miska. Do Martyniki zmywali wszyscy oprócz niego. Wędki wróciły do domu prawie nieużywane.

Z tawerny · Atlantyk, Kanary – Karaiby

Węzeł, który znał tylko Zbyszek

Zbyszek ma swój węzeł. Nie wiadomo, jak się nazywa, nie ma go w żadnym podręczniku, ale Zbyszek przysięga, że trzyma lepiej niż knagowy.

Czytaj całośćZwiń

Wieczorem w Mikołajkach przycumowaliśmy przy kei, Zbyszek zawiązał swój węzeł i poszliśmy do tawerny na szanty. Gdy wróciliśmy przed północą, miejsce przy kei było. Jachtu nie.

Szukaliśmy go z latarkami wzdłuż całego nabrzeża. Znaleźliśmy kilkaset metrów dalej, łagodnie wtulonego w trzcinę, z cumą dyndającą w wodzie. Węzeł był nadal zawiązany. Na samej cumie.

Zbyszek do dziś twierdzi, że jego węzeł zadziałał bez zarzutu. I ma rację. Zapomniał tylko przeciągnąć cumę przez pachołek.

Z tawerny · Mazury, Mikołajki

Krok 1 z 2 · Twoje dane

Opowiedz swoją historię